Żydzi w Polsce w 1992 roku

 

 

 

Jerzy Kichler

Przedstawiciel Gnilny Żydowskiej w Polsce

Wydano w „Życie w cieniu,,, doświadczenia Mniejszości w środku Europy

VI Konferencja Międzynarodowej Wspólnoty Pracy “Krzyżowa” Świdnica, 1-3 maja 1992

Wydawca Biuro Zarządu Fundacji “Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego PL, 50-069 Wrocław ul. Ofiar Oświęcimskich 7/13 tel/fax: (071)446829

Jeżeli to spotkanie jest o doświadczeniu, to samo spotkanie jest dla mnie doświad­czeniem. Dlaczego? Ponieważ panowie Brehmer i Okińczyc przedstawili pewne aspekty, które wydają mi się bardzo ważne. Otóż, w nas, którzy działamy w swoich mniejszościach, jest coś rzeczywiście wspólnego: tzn. gdy chcemy wyjść z naszego ogródka – jak to się mówi po polsku – wyjść na zewnątrz, to zwykle napotykamy gwałtowny sprzeciw. Jeżeli np. p. Brehmer mówi: “My, Niemcy(…) mamy wejść w Europę”, to zostaje sam. Podobnie, gdy p. Okińczyc mówi: “Musimy (…) przybliżyć się do Litwinów, do Europy”, to też zostaje sam. Ja mam podobne doświadczenie. Jeżeli mówię do swych żydowskich przyjaciół: „Wyjdźmy z naszej żydowskości – do Polaków, do Europy”, to oni mówią, że mam nie po kolei w głowie. To jest w pewnym stopniu wspólne doświadczenie. Takie spotkania są konieczne, abyśmy się mogli przekonać(…) że dobrze(…). Jak bardzo jest to trudne – sami panowie wiecie.

21

Zacznę od tego, co jest mi najbliższe – od Tory, czyli hebrajskiej Biblii. W księdze “Exodus” są słowa: ‘Nie będziesz uciskał żadnego, kto jest obcy, gdyż znasz życie (duchowe) cudzoziemca, bo sam byłeś cudzoziemcem w Egipcie”

Są to dla mnie święte słowa. Jeżeli mówimy o mniejszościach narodowych, to w przypadku Żydów Jest to problem bardzo trudny. Kim w ogóle są Żydzi i kto w ogóle jest Żydem? Czy Żydzi są mniejszością narodową, czy religijną? Słuszne tu było pytanie p. Skaradzlńskiego: “jaką jesteśmy mniejszością?”. Ale też i wśród samych Żydów nie ma co do tego Jednoznacznej odpowiedzi. Żydzi ortodoksyjni powiedzą: “wyłącznie religijną, łączy nas wyłącznie Tora, wiara w jedynego Boga i to, co jest z tym związane”. Ale są też z kolei tzw. ortodoksyjni syjoniści, którzy mówią: “Nieważne, w co wierzymy. Tak naprawdę ważne jest to, abyśmy stworzyli własne, niezależne i niepodległe partstwo”. To jest swego rodzaju ortodoksja. Dla syjonistów Robotyrtskiego nieważne było, kim jest matka. Różnili się w tym od halachistów, bo według halachio – prawa talmudycznego – Żydem jest się wyłącznie z matki-Żydówki. Oni na to nie zważali. Ważne było, o co i w jaki sposób się walczy. Między tymi biegunami mamy różne odmiany tzw. żydowskości: zarówno bardzo narodową (walczącą o swój naród i partstwo), jak i bardzo religijną, walczącą o judaizm, o religię, o Torę. Między nimi są jeszcze tzw. zasymilowani, czyli ci, którzy uważają: “jeszcze jestem Żydem, dotychczas się tego nie wyparłem”. Istnieje bardzo ciekawy pogląd Jean-Paul Sartra, że Żydem jest ten, kogo uważają za Żyda. To jest oczywiście zupełnie inna kategoria, nie zaliczana do narodu żydowskiego. Bardzo aktualne w Polsce jest zjawisko, że Polacy znajdują wśród siebie bardzo wielu Żydów, co ma służyć konkretnym politycznym celom.

Jeżeli w ogóle możemy mówić o narodowości żydowskiej, to pierwszym, niezaprze­czalnym prawem każdej mniejszości jest dołożenie wszelkich starań, aby zachować swoją tożsamość i świadomość narodową. To jest pierwsza powinność zarówno członków mniejszości, jak i Ich przywódców. Proszę pod tym kątem na te mniejszości spojrzeć. Jeżeli istnieją antagonizmy, konflikty, a są one nieuniknione, to będą wynikać z tego, że powinnością mniejszości jest jej przetrwanie. I proszę nie mieć pretensji, że te mniejszości o to walczą – choć z różnym skutkiem.

Są mniejszości, które rozpłynęły się w przeszłości; są też takie, które przetrwały kilkaset lat, jak mniejszość polska na Litwie czy niemiecka w Polsce. Jest też mniejszość, która przetrwała kilka tysięcy lat, jak Żydzi w Europie i na świecie, pomimo tego, że nie byłe sprzyjających warunków do przetrwania.

Jest wiele narodów i religii, które rozpłynęły się dlatego, że nie umiały zachować swojej tożsamości, ich przywódcy o to odpowiednio nie zadbali. W naszej narodowej tradycji jest powiedzenie: ‘trzymajcie to, co najważniejsze, bo możecie stracić wszystko”. Proszę więc nie mieć pretensji, że i sam naród, i jego przywódcy robią wszystko, żeby to zachować. Tak też było w     Polsce przedwojennej. O tym się zapomina, Olbrzymia większość to Żydzi religijni (ok. 80-90%), mocno religijni; ja bym nawet powiedział: za mocno, ponieważ stwarzało to trudności podczas wojny – to był jeden z powodów tak masowej zagłady. Utrzymywanie swej silnej religijności to także zamykanie się we własnym kręgu. Ważne było przede wszystkim to, czy Zyd zdąży trzy razy dziennie na modlitwę, czy wychowa swe dzieci po żydowsku, tzn. od hederu do jesziwy, ile godzin spędzi nad Torą czy Talmudem, czy utrzyma rodzinę. Wszystko inne było nieważne, np. czy umie po polsku, czy orientuje się w aktualnej sytuacji politycznej i wiele innych spraw, które dla Polaka były oczywiste. I kiedy przyszedł ten straszliwy czas, nie było się gdzie schować, łatwym łupem byli Żydzi, którzy “żydłaczyli”, czyli nie umieli najprostszych słów po polsku. Tacy szli do gazu. Byli tacy religijni, którzy nawet znali język polski, ale względy religijne nie pozwalały im się schronić. Może mało kto z Państwa wie, ale Talmud mówi: “Jeżeli masz do wyboru swoją krew i cudzą krew, nigdy nie wiesz, kto jest bardziej wartościowy*. A za przechowanie Żyda w Polsce groziła tylko jedna kara: śmierć.

Wobec tego, żaden naprawdę religijny Żyd nie miał prawa wybierać, nie miał prawa narażać Polaka na ten wybór. To jest tragiczne, ale prawdziwe. W wielu gettach czy obozach nie było w ogóle ogrodzeń, stał tylko jeden wachmann czy nawet policjant polski – i to wszystko. Oni nie wychodzili; ten płot – choć niewidzialny – dla nich istniał. Nie wychodzili, bo – po pierwsze – zakazywała Im tego religia, a po drugie – nie mieli dokąd iść. To jest to nasze doświadczenie, dla mnie bardzo tragiczne, ponieważ prawie cała moja rodzina nie żyje. Część przeżyła, ale wśród zmarłych jest moja ciocia Fela, która – i tu paradoks – włączyła się w polski ruch oporu w AK i wydał ją Polak kilka dni przed wyzwoleniem, prawdopodobnie za butelkę wódki. W mojej rodzinie jest dziadek, którego zastrzelił nie Niemiec, ale polski policjant. dla Polaków Syberia jest symbolem prześladowań, cierpień, – i tu znowu paradoks – dla Żydów była ona wyzwoleniem, możliwością przetrwania. Ten, którego wywieziono, miał daleko większą szansę przeżycia niż pod okupacją niemiecką. Wujkowie wyjechali do Rosji i przetrwali. I znowu paradoks – mój ojciec, który był komunistą, wyciągnął braci zwollenników syjonizmu – z tego łagru, ponieważ był w ZPP (i oczywiście dlatego, że kochał ich jako braci). Jedna z możliwości wyciągania ludzi z łagrów była taka, że należało wskazać, w którym łagrze kto siedzi, a ojciec Nesanel miał listę z ZPP, z której dowiedział się, gdzie są jego bracia. Prawdopodobnie gdyby nie był komunistą, nie miaby tej szansy. Dzięki temu, że wyciągnął ich tuż przed momentem, gdy umierali z powodu głodowej śmierci, oni przeżyli. Wiele milionów ludzi tej szansy nie miało.

I znowu paradoks: mój komunistyczny ojciec, po powrocie z wojskiem polskim do Polski, dowiedział się, który z Polaków wydał moją ciocię i kto zabił mojego dziadka. Znał nazwiska i imiona. Pytałem go potem: Tato, i co zrobiłeś?1. On powiedział: „Nic”. To też jest moje doświadczenie.

Ci, którzy przeżyli Syberię, łagry, przyjechali do Polski, nieraz cudem docierali do Krakowa, Katowic czy Wrocławia. W drodze narażeni byli na ataki siekierami ze strony polskich chłopów, jak opowidał mój wujek Markus, w ten sposób napadli na pociąg z emigrantami z ZSRR w 1945 roku. Srzelały tzw grupy polskich narodowców do Żydów z karabinów jak w czasie prób dotarcia do granicy czeskiej (i dalej do Palestyny) ciężarówkami w 1946 roku. O tym też zapominamy, to jest nasze żydowskie doświadczenie dotyczące Polaków. Działo się tak dlatego, że życie wtedy było bardzo tanie, a Żydzi chcieli wrócić do swoich domów. Wiem, że np. w Holandii na wracających ocalałych Żydów czekały ich mieszkania z filiżankami ustawionymi tak, jak je zostawili. Ale Holandia jest bogatszym krajem niż Polska. W Polsce nie do pomyślenia było pozostawienie takich pustych przestrzeni. Opuszczone mieszkania przez deportowanych Żydów do obozów koncentracyjnych lub miejsc straceń, były natychmiast zajmowane przez Polaków. Polska była po prostu biednym krajem. Skutek był taki, że Żydzi nie mieli dokąd wracać. Moja ciocia Lena miała szczęście w 1945 roku w rodzinnej Wieliczce: chciała wrócić do mieszkania, gdzie spędziła swoje dzieciństwo i młodość, i zapytać, co się stało z resztą rodziny, może ktoś przeżył i się zgłosił?. Lena została “tylko” zrzucona ze schodów. A znamy kilka tysięcy przypadków, kiedy te osoby mordo­wano – szczególnie w małych miasteczkach. Ludzie ginęli w lasach, mieszkaniach, gdziekolwiek…

Dlaczego Żydzi nie byli dopuszczani do ruchu oporu tzw. prawicowego? Byli po prostu niebezpieczni dla partyzantów: Żyda można było łatwo rozpoznać. Przyjmowani byli natomiast do lewicowej Gwardii Ludowej, chociaż i tu istnieją udokumentowane wyjątki.

To wszystko nie jest takie proste, jak się nam to dziś wydaje. To doświadczenie nie jest zupełnie jednoznaczne. Ale właśnie: prawie cała moja rodzina po powrocie do rodzinnego miasta i po stwierdzeniu, że ich dom rodzinny zajęty został przez Polaków, skupiła się w innych mieszkaniach, a niedługo potem opuściła Połskę, mając perspektywę wyjazdu do Izraela.

Znowu pewne tragiczne wydarzenie z historiimojej rodziny: moja ciocia przed wojną ukończyła polski uniwersytet, a wojnę przeżyła na aryjskich papierach dzięki Polakom, a którzy domyślali się, że jest ona Żydówką, ale nie wiedzieli tego na pewno albo udawali, że nie wiedzą. Po wojnie stwierdziła ona, że w Krakowie jest kilkaset ocalonych żydowskich dzieci – ocalonych przez Polaków i nie tylko przez nich. Jest to problem dżieci, przechowanych dzięki wspaniałej ofiarności katolików. Większość z tych dzieci została oddana w ręce żydowskie, ale wiele z nich zostało w chrześcijańskich rodzinach lub klasztorach. Co się stało z tymi dziećmi – nikt nie wie. Osobiście znam jedną panią, która została w takiej chrześcijańskiej rodzinie wychowana. Ojciec tak ją bardzo pokochał, polski ojciec, że nie powiedział jej, iż jest Żydówką. Dowiedziała się o tym w 1968 roku i było to dla niej tak silne, że doprowadziła do barmicwy swojego syna (w 1990 roku), a córka wyjeżdża teraz do Izraela. To są nasze żydowskie doświadczenia.

Jest też np. doświadczenie ojca Rufeisena, o którym Państwo na pewno słyszeliście. Jest to Żyd, który w czasie wojny ukrywał się w klasztorze, potem się ochrzcił i wyjechał na misje do Izraela. Rozpętała się istna burza, gdy zaczął starać się o obywatelstwo izraelskie jako Żyd. Jest to ksiądz katolicki, mieszka w Hajfie – bardzo sympatyczny człowiek. Niedawno na kilka tygodni przyjechał do Polski.

A więc ta moja ciocia stwierdziła, że są takie dzieci żydowskie w Krakowie i z pomocą mojego ojca, który był oficerem WP, założyła dla nich sierociniec. Ponieważ w Krakowie nie było takiej możliwości, zrobiła to w Zakopanem, u podnóża gór. Chciała, aby te dzieci chodziły do polskiej szkoły, by odetchnęły uzdrowiskowym powietrzem i doszły do zdrowia. Okazało się, że gdy poszły do szkoły, zostały bardzo mocno pobite, uczyła więc je potem w sierocińcu. Po kilku tygodniach sierociniec został zaatakowany przez bandę ONR (polskich nacjonalistów, których dowódcą był „Ogień. Dzieci zostały zaatakowane przez żołnierzy. Na szczęście, ciocia spodziewała się tego, bo wcześniej był napad na sierociniec w Rabce, i była zaopatrzona w karabiny i granaty, które te dzieci trzymały w rękach. Prawdopodobnie tylko dlatego żołnierze odeszli. Wkrótce potem ciocia wywiozła dzieci do Francji, a potem do Izraela.

Są to bardzo tragiczne doświadczenia i – jak mi się wydaje – dość mało znane wśród Polaków. Niewielkie znaczenie miało wówczas to, czy ktoś jest religijny czy nie: najważniejsze było przetrwać – przetrwać jako naród.

Powiem teraz o doświadczeniu pokolenia, które przeżyło wojnę i zostało w Polsce.

Zaraz po wojnie ci Żydzi, którzy przetrwali – na aryjskich papierach, na Syberii, w obozach – zorganizowali się w Centralny Komitet Żydów w Polsce. Była to stosunkowo demokratyczna organizacja. W 1948 roku władze stwierdziły, że muszą tą demokracją steroć. Wszyscy syjoniści otrzymali zgodę na wyjazd do Izraela, a zostali tylko ci, którzy zgodzili się – i tu użyję tytułu spotkania – pozostać w cieniu. Szacuje się, że wojnę przeżyto 200-250 tys. Żydów polskich, w tym na aryjskich papierach 30-70 tys. I tu znowu polsko-żydowskie doświadczenie: nie jest znana dokiadna liczba osób, które przecho­wywały Żydów – nie dlatego, że Żydzi nie chcą o nich wiedzieć, a dlatego, że Polacy boją się do tego przyznawać przed swoimi polskimi sąsiadami. Znane są przypadki, kiedy

Żydzi chcieli podziękować swym dobroczyńcom, ale oni bali się swych sąsiadów. To jest polskie doświadczenie – nie żydowskie.

Z tych 250 tys. w Polsce pozostało po 1989 roku ok. 80 tys., a reszta przez zielone granice (wtedy dość płynne, obojętnie z jakim paszportem) wyjechała na Zachód, a potem na ogół do Izraela lub innych krajów. Do Izraela nie było wcale tak łatwo trafić, ponieważ Anglicy nie wpuszczali Żydów. Na tych, którzy pozostali w Polsce, została wymuszona lojalność wobec państwa polskiego i wobec komunizmu. Nie mieli wyboru – podobnie jak mniejszość niemiecka: lepiej siedzieć cicho i przetrwać, niż sprzeciwiać sięPRL-owskiej władzy. Potem przyszedł rok 1956, do władzy doszedł Gomółka, który wypuścił – jak się szacuje – dwadzieście kilka tysięcy Żydów. Wtedy Polacy nie mieli paszportów, otrzymywało się je w wyjątkowych sytuacjach, a jeśli chodzi o Żydów, to tylko pod warunkiem, że pozbędą się oni całego swojego mienia. Określoną część mogli zabrać z sobą, całą resztę, włącznie z mieszkaniami, musieli zostawić – nie sprzedać, lecz przekazać państwu. Do dzisiaj jedna z dzielnic Tel-Awiwu nosi nazwę “Gomółkowo” – od nazwiska sekretarza, który wtedy otworzył granice dla tej niewielkiej grupy ludzi. Od 1956 roku panuje względna stabilizacja.

Jako młody chłopak jeździłem na obozy letnie, organizowane przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Ta organizacja była pod pełną kontrolą rządu polskiego, jak wszystkie zresztą organizacje mniejszościowe w Polsce, powtarzam: wszystkie. Istniał specjalny departament do spraw mniejszości w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i wysoko kwalifikowani ludzie, którzy to wszystko kontrolowali. Na czele organizacji stali ludzie, którzy mieli wykonywać dane im polecenia. Tak było również z Żydami.

To życie tliło się jakoś aż do 1968 roku, kiedy ta względna stabilizacja okazała się zbyt nietrwała. Wskutek zmowy partyjno-rządowej ustalono, że wszystko, co budziło niezadowolenie społeczne, można zrzucić na Żydów (a było to akurat po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie). Część społeczeństwa polskiego stwierdziła: ‘jak dobrze, że ci Ruscy dostają w kość”, a to z kolei nie podobało się Rosjanom. Wszystko więc rozegrano w ten sposób, że wyrzucono z Polski resztę Żydów. Po prostu wyrzucono – na skutek ohydnej kampanii we wszystkich środkach przekazu, kampanii prowadzonej przez ludzi, którzy do dzisiaj są w pewnych strukturach decyzyjnych, a których my doskonale pamiętamy. Nawet jeśli część z nich oświadczyła, że wstydzi się tego. co się stało. Właściwie nie wiadomo, ilu Żydów zostało w Polsce, bo ci, którzy zostali po 68 roku, żyją nie tyle w cieniu, co w kompletnym mroku. Ja po 68 roku, na skutek tego, że moja rodzina nie chciała wyjechać, po prostu przestałem być Żydem. Nie sposób było z tym żyć. Jako inżynier po studiach (część kolegów z powodu ich żydowskości wyrzucono ze studiów) stanąłem przed komisją poborową. Gdy spytano mnie o narodowość, odpowie­działem: żydowska. Wówczas powiedziano, że dostanę jeszcze wezwanie do wojska. Czekam na nie do dziś. W organizacjach żydowskich zostali po 1968 roku tylko ludzie lojalni wobec władzy.

Potem przychodzą lata osiemdziesiąte, okres „Solidarności”. W Polsce już wówczas mało kto przyznawał się do żydowstwa . Część z nas tutaj (np. p. Dietmar) prawdopodobnie zna środowisko warszawskie. To było środowisko “latających uniwersytetów”. Wiele spotkań na tych uniwersytetach ( nawiasem mówiąc, bardzo niebezpiecznych,ponieważ zaginięcie z  takiego spotkania kończyło się więzieniem) było poświęconych Żydom. Część uczest­ników tych spotkań nagle sobie przypominała, że któreś z rodziców było Żydem. Ale to nie są liczne przypadki. Ja do tej grupy dołączyłem z początkiem lat 80. Pomógł mi w tym ojciec, który krótko przed śmiercią zaczął jeździć do swojego sztetel, czyli żydowskie­go miasteczka, do mieszkania, z którego moja rodzina została wyrzucona. Wtedy nas też tam nie wpuszczono. W 1980 roku nie wpuszczono nas do mieszkania mojego ojca. Ale tam też znajduje się grób, w którym leży ponad 1000 wielickich Żydów (mowa o Wieliczce koło Krakowa) i tam chodził mój ojciec, ponieważ leży tam mój dziadek i moja babcia. Wtedy uświadomiłem coś sobie na tym zniszczonym cmentarzu, podobnie jak te niemieckie zniszczonym. Przepraszam za dygresję, ale podobnie jak boli mnie stan cmentarzy żydowskich w Polsce, cmentarzy pozbawionych opiekunów, podobnie nie mogłem długo spać, gdy zobaczyłem, w jakim stanie są niemieckie cmentarze na terenie Śląska. Uważam, że to jest hańba dla nas, Europejczyków – nie Polaków, nie Żydów – hańbą jest to, co zrobiono z pamięcią o zmarłych. Wtedy namówiłem tatę, abyśmy postawili coś na grobie dziadka, na tej zbiorowej mogile. Ojciec pisał do całej swojej rodziny: do Izraela, do Stanów, do swych znajomych wielickich. Wszystkie odpowiedzi brzmiały: nie, cokolwiek tu postawimy, będzie zburzone przez Polaków. Proszę zauważyć, jakie jest żydowskie doświadczenie. Ale byliśmy na tyle uparci, że postawiliśmy tam duży kamień, aby nie było go łatwo zwalić i stoi on tam do dziś. Wtedy sobie przypomniałem, że jestem Żydem. Ten powrót też nie był taki łatwy. W 1983 roku okazało się, że jestem pojedynczym Żydem z mojego pokolenia . Wokół mnie nie było ani jednego młodego Żyda. Byłem wtedy w Krakowie, tam mieszkałem i tam zacząłem szukać adresów, kontaktów, no ale nie ma, nie mai Ani jednego młodego Żyda w Krakowie, w którym przed wojną na pół miliona mieszkańców przypadała mniej więcej połowa Żydów. Po kilku latach znalazłem nieliczną grupę, a potem przeniosłem się do Wrocławia, ponieważ pomyślałem, że tu może być więcej Żydów. I rzeczywiście! W 1987 roku zrobiliśmy spotkanie wszystkich Żydów, których adresy posiadaliśmy. Przyszło prawie 80 osób – młodych, z generacji powojennej, z których nikt nawzajem się nie znał. Kiedy zaczęliśmy szukać formuły, wokół której możemy się spotykać, okazało się, że prócz tego, że jedno z naszych rodziców jest Żydem, nic nas nie łączy. Nic! Nie religia, bo nasi rodzice byli zateizowani albo celowo ukrywali swoje pochodzenie, ani kultura, ponieważ żydowska kultura w Polsce ograniczała się do kultury jidisz, która w gruncie rzeczy zatrzymała się w wieku dziewiętnastym. Dla niektórych jest ona atrakcyjna, ale dla nas, żyjących w epoce atomu, już nie tak bardzo. Do Izraela nie wolno się było jeszcze wtedy przyznawać, a więc co mamy z sobą wspólnego? I znowu szukaliśmy czegoś wspólnego. Mieliśmy te same kłopoty, o których mówił pan Brehmer, tj. język. W jakim języku mamy mówić? Okazało się, że nie ma nas kto nauczyć. Język niemiecki, na szczęście, jest językiem europejskim, współczesnym i wielu Europejczyków nim mówi, łatwo znaleźć nauczyciela, natomiast po żydowsku (w jidisz) mówi w Polsce garstka ludzi, a po hebrajsku w 1989 roku  nie mówił w Polsce nikt Nawet z nauką języka mieliśmy więc problemy. Muszę powiedzieć, że praca nasza jest trudna i żmudna. Mało tego: olbrzymia większość, która odnalazła tożsamość żydowską, w polskiej społeczności i rzeczywistości nie potrafi żyć. Tu jest podobnie jak z Niemcami: nie sposób odróżnić przyczyn ekonomicznych od narodowych. Mówi się, że ludzie wyjeżdżają właśnie z tego powodu. Ale trudno jest żyć tutaj z taką świadomością, więc Żydzi wyjeżdżają do Izraela, bo Izrael, zgodnie ze swoim prawodawstwem, przyjmie każdego Żyda. Podobnie jest z Niemcami. A przy okazji: muszę tutaj podziękować władzom niemieckim, że – obok Izraela – Niemcy są jedynym krajem, gdzie nie ma ograniczeń co do imigracji Żydów, co w obecnej sytuacji jest dla społeczności żydowskiej bardzo ważne. Znam wiele przypadków osiedlania się Żydów rosyjskich w Niemczech. Niedawno odwiedziła nas koleżanka, która wyjechała z Polski do Niemiec. Większość z nas atakowała ją, że przecież to nie jest w porządku. Jak to? Po holokauście jechać jako Żyd do Niemiec? Ja jednak Jej dość zdecydowanie broniłem. Uważam że we współczesnej Europie Żyd może jechać do Niemiec, jeżeli jest to jego wolny wybór i jeżeli chce, żeby to była jego nowa ojczyzna.

Były duże problemy z akceptacją w stosunku do tych, którzy zaczęli wychodzić z cienia. Gdzie ich przyjąć, jak ich znaleźć? W organizacji postkomunistycznej, jaką

było Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, czuliśmy się źle. Źle ocenialiśmy jego przywódców, którzy do dzisiaj są – jeśli chodzi o środowisko żydowskie – nie do zniesienia. Tych władz się nie da zmienić. Dlaczego? Myślę, że jest w tym podobieństwo do innych mniejszości. Z kolei kongregacja religijna nie chciała nas uczyć, bo jesteśmy dla nich kłopotem. Czego nas uczyć? Nie wiadomo, czy jesteśmy pół-Żydami czy ćwierć-Żydami. Będąc w Stanach,  zacząłem być oficjalnie akceptowany, ale olbrzymia większość z nas nie ma tej możliwości, i co z nimi począć?

Znaleźliśmy taką koncepcję, którą nazwaliśmy Bractwem dla Poznawania Judaizmu. W tej chwili skupia ono kilkadziesiąt osób. Spotykamy się we Wrocławiu i uczymy się być Żydami. Nie jest to łatwe, znów nie ma nas kto tego uczyć. Na szczęście, mamy dojeżdżającego raz na parę miesięcy rabina ze Stanów, i to dzięki fundacji Ronalda Laudera, który postanowił, że zrobi wszystko, co może dla kontynuowania życia żydo­wskiego w jakiejkolwiek formie w Polsce.

Teraz chciałbym powiedzieć kilka słów o wrocławskiej synagodze, która znajduje się przy ulicy Włodkowica, przed wojną – Wallstrasse. Kamienica, w której mieści się ta synagoga, nosi nazwę “Pod Białym Bocianem”. Synagoga była użytkowana przez gminę żydowską do 1969 roku, kiedy jeszcze gmina była w stanie ją utrzymać. W 1969 roku, po masowej emigracji, została formalnie przekazana państwu i po kilku latach zamknięto ją. Nic więcej. Drzwi zostały dosłownie zamknięte na kłódkę. Po kilku latach w środku nie było już nic. Łącznie z podłogą i dachem. I dzisiaj jest to waląca się ruina, a ponieważ została ona zbudowana w 1827 roku przez Gesellschaft der Bruder we Wrocławiu, uważamy, że naszą powinnością jest przywrócić ją do dawnej świetności. Oczywiście, mamy z tym tylko kłopot i nic więcej. To jest tak, jak w tej starej anegdocie na temat Żyda, który przyszedł do rabina i mówi: “Rabbi, zbliża się Pesach (to największe żydowskie święto), a ja nie mam ani macy, ani świecznika, ani obrusa, ani garnka (bo trzeba mieć wówczas specjalne garnki), ani nie mam nic do jedzenia. Jestem biednym krawcem, co mam dalej robić?” A on pyta: “Ile kosztuje świecznik?” “Dwie korony.” “A ile kosztuje to i to?” Razem podsumowali to na 100 koron. “To ty masz jedyny kłopot: brakuje ci 100 koron.”

I my tutaj mamy też pewien kłopot. Brakuje nam kilkudziesięciu miliardów złotych. Ale chcemy, by ta synagoga była nie tylko synagogą w sensie religijnym, chcemy także, by była symbolem pojednania. Chociaż muszę powiedzieć, że to słowo w przypadku stosun­ków polsko-niemiecko-żydowskich jest bardzo trudno wymawiane. Ja mam odwagę, by je do Państwa wypowiedzieć, bo prawdopodobnie poza mną nie ma tu żadnego Żyda na sali. Ale wiem, że gdyby tu było kilku innych Żydów, to oni by natychmiast wstali zaprotestowali. Nie ma mowy o pojednaniu. Zdarzyło się tak wiele, że poczekajmy jeszcze. Ale wydaje mi się, że odbudowanie tej synagogi zgodnie z jej przeznaczeniem ułatwiłoby drogę do tego słowa “pojednanie”. I tam znalazłby także miejsce ośrodek walki z nietolerancją i nienawiścią, bo tego nam nie brakuje – jeszcze dzisiaj, we współczesnej Polsce. Ja mam duży szacunek do ministra Stelmachowskiego, ministra Edukacji Naro­dowej, który bardzo ułatwił tzw. “Marsz Żydów”. Jeżeli ujrzymy kogoś z przypiętą gwiazdą, to jest to oznaka, iż jest on uczestnikiem “Marszu Żywych Żydów”, Żydów urodzonych 18-20 lat temu, którzy w liczbie ok. 3 tys. przemaszerowali z Auschwitz do Birkenau. To było wczoraj. Była to kolosalna impreza: między Warszawą a Tel-Awiwem kursowało w ciągu jednego dnia, zdaje się, siedem samolotów. Proszę to sobie wyobrazić! I ta cała młodzież zwiedzała Polskę.

Tenże sam minister Stelmachowski – ja wiem, że w imię wolności i demokracji – proponuje, by umieszczać krzyże w szkołach. Nie chciałbym tu nikogo urazić – żadnego katolika czy chrześcijanina – ale w mojej świadomości krzyż jest nie tylko symbolem chrześcijaństwa. Jest także symbolem prześladowań, symbolem represji. I ja bym nie chciał, by moje dzieci chodziły do szkoły, w której ten krzyż będzie wisiał. Wniosek jest taki: będę musiał zorganizować im inną szkołę. Czyli okazuje się, że ciągle my, Polacy – mówię ‘my Polacy”, bo jestem też lojalny wobec państwa polskiego, moim językiem jest język polski, nie hebrajski ani żydowski, w tym języku myślę, potrafię sobie coś wyobrazić, w tym języku myślę o Bogu – więc my, Polacy ciągle nie mamy wyczulenia na to, co może kogoś innego razić. To dotyczy wszystkich mniejszości. Tak mi się wydaje.

Wracając do “Marszu Żywych”: to też są doświadczenia żydowskie. Te dzieci przy­jeżdżają do Polski zgodnie z programem Izraelskiego Ministerstwa Edukacji. Po co? Po to, żeby potem było im łatwiej w wojsku. Nie po to, żeby poznać polską rzeczywistość, ekonomię, młodzież. Nie! One tutaj mają specjalnie opracowany program: od obozu do obozu (bardzo męczący zresztą). I w każdym z tych obozów słyszą, co tam się stało, a potem są szybko wywożone do Izraela, gdzie następnie idą do wojska. Żeby się to więcej nie powtórzyło. I zawsze, kiedy się spotykam z tą młodzieżą, a spotkałem się przedwczoraj, mało się nie pobijemy. Ja mówię: “Chwileczkę, nie wszyscy Polacy byli winni Zagładzie. Jeżeli byli Polacy, którzy wydawali Żydów, to przynajmniej w tej samej liczbie byli Polacy, którzy narażali się, aby tych Żydów ratować”. Ale ich stereotyp jest zupełnie inny. “Wszyscy Polacy – jak mówią – wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. Mój przyjaciel, Kostek Gebbert (Dawid Warszawski) napisał artykuł pełen oburzenia, że tak nie wolno mówić. I został natychmiast zasypany stekiem obelg przez moich przyjaciół Żydów, jak on w ogóle może protestować. A więc to są wszystko sprawy, które trzeba załatwić. To nie są sprawy, które wygasły.

. Oczywiście, nie wszyscy Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Jest to smutne dziedzictwo z przeszłości, z którym trzeba walczyć. Nie wszyscy Polacy wyssali z mlekiem matki antyniemieckość. I z tym także trzeba walczyć. Temu właśnie mają służyć takie konferencje jak ta.

I wreszcie pytanie kardynalne, które zawsze sobie zadaję. Po co ja tu w ogóle jestem? Tu, w Polsce. Chyba nie tylko mnie nurtuje to pytanie. Wszyscy członkowie mniejszości, których ojczyzny położone są bardziej na zachód, zadają sobie to pytanie.

Po co my tu w ogóle jeszcze jesteśmy?

I oczywiście wielu z naszych przyjaciół, najbliższych, czasami są to nawet nasze żony czy mężowie, wielu odpowiada negatywnie na to pytanie, czyli wyjeżdża, bo nie wytrzy­muje tego ciśnienia. Ale ja, jak dotychczas, odpowiadam sobie pozytywnie. Jest po co tutaj zostaćl

Pierwszy powód, dla którego warto zostać, to taki, że “wpadłem” zarówno w Fundację “Krzyżowa*, jak i w pewien krąg ludzi tym zainteresowanych.

Mniej więcej cztery lata temu (w 1988 roku) zostałem zaproszony na jeden z odczytów nt. stosunków polsko-żydowskich. Potem była ożywiona dyskusja, po czym wstaje pan, który mówi: “Przepraszam bardzo, ale wy, Żydzi, byliście przed wojną komunistami, kapitalistami, kamienicznikami, złodziejami” itd., itp. Wymienił całą litanię żydowskich przewinień i stwierdził, że wszystko, co do dziś jest złe w Polsce, to przez Żydów. Dyskusja trwała do późna wieczorem, ale w zgodzie się wtedy nie rozstaliśmy. Rok temu miałem wykład w Klubie Inteligencji Katolickiej we Wrocławiu. Po moim wykładzie wstaje jako pierwszy tenże sam pan i mówi: “Specjalnie przyszedłem na ten wykład po to, żeby pana przeprosić. Nie miałem racji. Mój Kościół mówi i naucza czegoś innego. Ja teraz chodzę po kościołach i mówię, że nie miałem racji”. Wydaje mi się, że choćby tylko dla tego jednego człowieka warto nawiązywać dyskusję. Następny przykład: parę tygodni temu (chyba cztery), w 1992 roku zostało zniszczonych ponad czterdzieści nagrobków na cmentarzu żydo­wskim we Wrocławiu. Nowych nagrobków, powojennych. W sposób okrutny, bestialski porozbijano je na kawałki. Tak się złożyło, że policja tych chłopców dosyć szybko ujęła. To byli uczniowie wrocławskich szkół podstawowych i średnich. Ale po raz pierwszy się zdarzyło, że te dzieci i ich rodzice przyszli do właściciela, czyli do kongregacji religijnej, z prośbą o przebaczenie i z przyrzeczeniem naprawienia wszystkich szkód. Mało tego: okazało się, że część z nich poszła do księdza wyspowiadać się z tego czynu. A w ostatnią niedzielę ze wszystkich ambon kościołów wrocławskich był odczytany list księdza kardynała, iż czyn ten to wstyd dla społeczności katolickiej i że powinno się zrobić wszystko, by to jakoś naprawić. Wydaje mi się, że powinniśmy strzec prochów naszych przodków, choćby nas było niewielu, bo jest nas rzeczywiście niewielu. Obecnie szacu­jemy, że jest nas 4-60 tys. Nikt tego nie wie dokładnie, nawet MSW, mimo że miało kiedyś szczegółowe listy. W społeczności aktywnych jest ok. 6 tys. osób. W samym Wrocławiu jest nas 400-500 osób, w tym z pokolenia wojennego jest w tej chwili 60 dorosłych plus 30 dzieci. Jest sens być tu po to, by strzec prochów swoich ojców i aby czynić pokój.

Szalom

Jerzy Kichler

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s